wtorek, 29 grudnia 2015

Lady In Red - Christmas look

Święta, święta i po świętach! Szkoda, że ten piękny czas tak szybko ucieka. Mam nadzieję, że te dni były dla Was magiczne, rodzinne i pełne miłości! W moim przypadku na atmosferę świąt na pewno zadziałało to, że na co dzień mieszkam i studiuje we Wrocławiu, więc kiedy mogę spędzić prawie dwa tygodnie w rodzinnym Tarnowie jestem prze szczęśliwa! ;) Przed nami jeszcze Sylwester, Nowy Rok, a potem niestety trzeba wrócić do rzeczywistości. Mam jednak nadzieje, że rok 2016 będzie lepszy niż 2015 i da nam wszystkim dużo radości :)

Ten post miał powstać już kilka dni temu, ale jakoś w ogóle nie miałam ochoty na włączanie komputera, a do tego trochę też nie miałam na to czasu. Jak to w święta :) Chciałam Wam pokazać strój jaki miałam na sobie w Drugi Dzień Świąt Bożego Narodzenia. Dominował w nim jeden z moich najulubieńszych kolorów - czerwień. Miałam na sobie czerwoną sukienkę, czerwony płaszczyk i czerwony komin. Nie mogło zabraknąć również czerni i... świątecznego kolorowego sweterka! ;) 









Z wiekiem coraz bardziej lubię eleganckie rozwiązania :)

sobota, 19 grudnia 2015

Najlepsze prezenty ukryte są w sercach...

Już zaledwie dni dzielą nas od najbardziej wyjątkowego czasu w roku. Święta Bożego Narodzenia mają szczególną moc. Moc łączenia ludzi. Spędzamy ten wyjątkowy czas z rodziną, siedzimy wspólnie przy stole, jemy pyszne świąteczne potrawy, łamiemy się opłatkiem, obdarowujemy się prezentami, śpiewamy kolędy, witając na świecie nowo narodzonego Boga. Na blogach mnożą się posty z propozycjami prezentów, niektóre są bardzo inspirujące. Obdarowywanie się upominkami to piękna tradycja, jednak trzeba w tym wszystkim pamiętać, że najlepsze prezenty ukryte są w sercach! Te prezenty to miłość, przyjaźń, dobre słowo, ciepły uśmiech, dobry uczynek, bezinteresowna pomoc, spotkanie,  czas poświęcony bliskim, czułość... Można tak wymieniać bez końca, bo serce jest baaaardzo pojemne i posiada nieskończenie wiele tych najważniejszych, bezcennych prezentów. Ten czas przecież bez nich nie miałby takiego znaczenia, prawda? Pamiętajmy o tym nie tylko w Boże Narodzenie, ale i zawsze. Prezentami można obdarowywać się przecież cały rok :)

I kiedy mamy te najważniejsze sercowe prezenty, możemy dodać na dokładkę inny rodzaj prezentów. Tak, tak, tych, które możemy kupić. Pisze ten post troch późno, jednak coś mi mówi, że jak co roku wielu z nas wyruszy na zakupy w ostatniej chwili, dlatego poniżej przedstawiam Wam kilka pomysłów na prezenty. Oczywiście są to moje subiektywne propozycje, ale może akurat komuś wpadną w oko :)


  • Pierwsza rzecz to nic innego jak... KSIĄŻKI! To zawsze jest wspaniały i uniwersalny prezent. Dodatkowo możemy przy okazji promować troszkę kulejące czytelnictwo. W końcu czytanie to "najlepsza zabawa jaką sobie ludzkość wymyśliła". Nasza świętej pamięci Noblistka na pewno się nie myli :) Z osobistego doświadczenia mogę Wam polecić księgarnie internetową http://bonito.pl. Można się obłowić za naprawdę niską cenę :)


http://bonito.pl


  • Sukienki Aeterie są po prostu przepiękne! Właśnie czegoś takiego trzeba modzie - klasyki, ponadczasowości i klasy! Pilnie śledzę bloga pięknej Karoliny i kiedy zobaczyłam jej sukienki - zakochałam się bez pamięci! :) Biżuteria również jest cudowna. Co tu więcej mówić? Trzeba zobaczyć te cuda! :)


http://aeterie.com

http://aeterie.com

http://aeterie.com



  • Od zawsze znaczenie miało dla mnie to w jakim kubku piję. Moim zdaniem, jeśli kubek jest wyjątkowy herbata i kawa o wiele lepiej smakują. Zdecydowanie najbardziej podobają mi się te maleństwa w stylu retro! :)

http://www.empik.com/





  • Jako największa wielbicielka herbaty oczywiście nie mogłam jej pominąć w moim mini zestawieniu prezentów. Herbata dobra jest na wszystko, co tu dużo mówić, Chyba nie ma osoby, która by się z jakiegoś uroczego herbacianego zestawu nie ucieszyła! :)


http://www.herbacianyprezent.pl


http://www.dmg-herbaty.pl/


  • Jako że lubię wszelkiego rodzaju pierdółki, zwłaszcza te ładnie wyglądające i pięknie pachnące nie mogłam się oprzeć umieszczeniu tutaj świeczek zapachowych, olejków oraz kadzidełek! :)

  • Ostatnio bardzo zauroczyły mnie drewniane kuferki na różne pierdółki w stylu vintage! Są przydatne, a do tego bardzo mile dla oka! :)  Oczywiście te w nowoczesnym stylu też są piękne, no o o wiele łatwiej je znaleźć :)



kurerek
http://pracowniaesta.blox.pl/


kuferek, róże, retro, decoupage, drewno, prezent, rękodzieło
http://pracowniaesta.blox.pl/



pudełko, herbatnica, róże, decoupage, ecru, vintage, prezent
http://pracowniaesta.blox.pl/



Tymczasem odliczam dni do mojego wyjazdu do rodzinnego domu... 





sobota, 12 grudnia 2015

Dyscyplinowanie nieposłusznych włosów - olejek i spray

Stan moich włosów bardzo pogorszył się, kiedy będąc młodszą i głupszą postanowiłam potraktować połowę z nich (tak połowę!) rozjaśniaczem, a następnie szamponetką w kolorze czerwonym (nie pamiętam jak się owy odcień dokladnie nazywał). Miałam wtedy jakieś 15 lat. Potem postanowiłam zabrać się za farbowanie włosów, gdyż mój naturalny odcień wydawał mi się i właściwie nadal wydaje mi się jakiś taki nijaki, mało wyrazisty. Z tego co sobie przypominam był to jakiś bardzo ciemny brąz. Od tego momentu kilkakrotnie farbowałam włosy ponownie i na święta prawdopodobnie znowu się na to zdecyduję, ale o tym innym razem.

Rozjaśnianie i farbowanie po prostu zniszczyły moje włosy i do tej pory ciężko mi jest je odbudować, choć olejowanie, różne maski czy tabletki nie są mi obce. Jednak w ten temat również nie chce się teraz wgłębiać. Jednym z problemów, z którymi borykały się moje włosy było puszenie. Nagminnie po myciu, naturalnym suszeniu w lustrze widziałam nieudane afro. Na szczęście tak jak napisałam "było" to moim problemem, bo po różnych domowych i rossmanowych kuracjach udało mi się tę włosową dolegliwość konkretnie zminimalizować. W uzyskaniu jeszcze lepszych efektów pomagają mi dwie rzeczy.






Pierwsza z nich to olejek, a właściwie olejki marki Marion. Moja buteleczka zawiera oleje orientalne do włosów słabych i delikatnych, a głównymi składnikami są kokos i tamanu. Producent pisze, iż "oleje zawarte w tej formule wzmacniają włosy regenerując ich strukturę, a dzięki nim włosy są elastyczne, mocne i błyszczące". Jako że zapach jest zawsze tym co mocno do mnie przemawia muszę Wam powiedzieć, że olejek pachnie po prostu obłędnie! Uwielbiam wąchać palce i włosy po jego użyciu! :) Choć zapach mógłby się odrobinę dłużej utrzymać. Mimo wszystko nie jest źle.
Jeśli chodzi o stosowanie najbardziej lubię nakładać go po myciu na wilgotne włosy. Wtedy mam pewność, że nie obudzę się z niechcianym, suchym afro. Dodatkowo bardzo łatwo z pomocą olejku można "rozczesać" włosy palcami, więc na pewno nie będzie trzeba denerwować się przy czesaniu szczotką. Nie zauważyłam, żeby obciążał mi włosy, zamiast tego są bardzo leciutkie.
Ponadto włosy faktycznie dobrze się prezentują, są błyszczące i milutkie w dotyku, więc mój nawyk dotykania włosów ma wreszcie ma swoje ujście :) Bardzo dużym plusem jest również wydajność. Mam go już bardzo długo, na pewno pół roku już wybiło.

Cena: ok. 10 złotych.





Po olejku.

Drugim produktem jest nawilżający spray ułatwiający rozczesywanie z morelą i masłem shea firmy Naturals. Ponadto według producenta włosy stają się zrewitalizowane i mniej podatne na łamanie. Polecany do włosów suchych i zniszczonych. Spray zakupiłam w AVON i również stosuje go po myciu na wilgotne włosy. Rozczesywanie włosów (po myciu -- w moim przypadku palcami) stało się bardzo proste, nawet jeszcze prostsze niż za pomocą olejku Marion. Włosy były błyszczące, i przyjemne w dotyku, choć liczyłam na troszkę większe nawilżenie. Po dłuższym stosowaniu jego skuteczność troszkę spadła, miałam wrażenie, że znowu tworzy mi się sianko. Dlatego na chwilę go odstawiłam, by potem wrócić do niego i cieszyć się dość dobrymi efektami. Tutaj też muszę zwrócić uwagę na cudowny zapach! Mogę wąchać go godzinami :)

Cena: 10-12 złotych.





Oczywiście nie używam tych produktów jednocześnie, a zamiennie :) Oba produkty pomagają mi w utemperowaniu moich niegrzecznych włosów, jednak moim ulubieńcem jest w tym pojedynku olejek od Marion. Jeśli miałabym oceniać to olejek dostałby ode mnie 5, a spray -4.

Korzystałyście z tych produktów? Jakie efekty zaobserwowałyście? :)

czwartek, 10 grudnia 2015

Zmienić nastawienie... i wygrać

Bardzo lubię jesień, jest to zdecydowanie moja ulubiona pora roku zaraz po wiośnie. Uwielbiam chłodne jesienne wieczory, które sprawiają, że proste czynności takie jak picie gorącej herbaty, czytanie książki, leżenie pod kocykiem są jeszcze przyjemniejsze. Mają w sobie pewien niepowtarzalny, powiedziałabym, że nawet magiczny klimat. Kolejną charakterystyczną jesienną cechą czy też dla niektórych dolegliwością jest melancholia, najczęściej połączona z pewnym rodzajem smutku. Zazwyczaj, żeby opisać ten stan mówi się po prostu "chandra", ale moim zdaniem to słowo nie odzwierciedla jesiennego stanu ducha, przynajmniej tego mojego. "Chandra" to słowo nacechowane raczej negatywnie, a ja... nie uważam tej jesiennej aury za rzecz złą. Przeciwnie. Lubię tę moją melancholię, ten mały, niczym niewyjaśniony smuteczek, ten klimat, tę atmosferę zadumy, zastanawiania się nad życiem. Jednak niestety czasem tak jest, że w pewnym momencie tracimy kontrolę nad tym "smutkiem", zamykamy się w tej melancholii i jak zdążyłam zauważyć w moim przypadku jest to wina nawału obowiązków, nowych wyzwań, przed którymi stoję. Krótko mówiąc trochę dorosłość daje mi się we znaki. A mówiąc jeszcze szerzej: strach przed nią. A jak to jest u Was?




ŹRÓDŁO 1



Zaowocowało to tym, że kompletnie straciłam motywacje. Do wszystkiego. Studia przestały być dla mnie tak atrakcyjne jak wcześniej, praca, którą już "prawie" mam stała się ciężarem, a przyszłość przywdziała czarne barwy. Gdzieś zniknęło moje pozytywne myślenie, zastąpione dużą dozą pesymizmu. I to już chyba mogę nazwać chandrą. Grudzień jest dla mnie gorącym miesiące, styczeń i luty będą takie same. Kto studiuje i jednocześnie pracuje, ten wie :)
ALE postanowiłam, że tak nie może być! Że muszę się wziąć w garść! Zmotywować, podnieść głowę, przestać się garbić i narzekać na cały świat. Ubrać solidne buty i iść przed siebie z uśmiechem i pewnością siebie.


ŹRÓDŁO 2



Pozytywne nastawienie to połowa sukcesu, to chyba nawet potwierdzone naukowo :) Przecież kiedy poddajemy się na starcie to już przegraliśmy. Za to kiedy idziemy do przodu z pełną determinacją to choć nie wiemy co przyniesie przyszłość - mamy dużą szanse wygrać!


Ale od czego zacząć? Od najprostszych rzeczy.

  • Posłuchaj ulubionej muzyki, oglądnij ulubiony film, serial, zrób to co poprawia Ci humor. Potańcz, pośpiewaj, upiecz ciasto, poczytaj, idź na spacer, spotkaj się z przyjaciółmi. Włóż więcej czasu w zrobienie sobie pysznej, innej niż zwykle kawy. Alternatyw jest dużo, bo przecież każda z nas coś lubi, prawda? :)

  • Postaraj się wstać z lepszym nastawieniem, zrobić sobie śniadanie, na które wcześniej nie miałaś czasu, uśmiechnij się do siebie i idź do szkoły/na uczelnie/do pracy z myślą, że może być ciekawie, że może zdarzyć się coś dobrego, że możesz kogoś interesującego poznać.

  • Miej trochę wiary w siebie, w swoje możliwości. Uśmiechnij się do kogoś mijanego na ulicy, złap promyk słońca na twarzy, popatrz na świat, jakbyś widziała go pierwszy raz w życiu. Zwróć uwagę na swoje otoczenie, by dostrzec w nim coś, czego wcześniej widziałaś.

  • Zdaj sobie sprawę, że NIE ŻYJESZ za karę. Masz jedno życie i wykorzystaj je w najlepszy sposób! Ono jest TWOJE.

ŹRÓDŁO 3



Detale są najważniejsze. Nasze życie składa się z małych rzeczy. Gdy zaczniesz cieszyć się drobiazgami przyjdzie czas na większe rzeczy. Wszystko po kolei, bo przecież nie od razu Rzym zbudowano!


ŹRÓDŁO 4

Ja zaczynam zmieniać swoje nastawienie, by wyjść z tego dziwnego późnojesiennego dołka, a Wy? :) 

środa, 9 grudnia 2015

"Jak dojade" - aplikacja, która ratuje z opresji!

Jednym z moich niewątpliwych talentów, który odkryłam we Wrocławiu jest to, że często się gubię. Zupełnie tracę orientację, po prostu. A prawdziwa zabawa zaczyna się wraz z komunikacją miejską. Mieszkam tu od października, więc siłą rzeczy powinnam przestać być zabłąkaną owieczką, jednak mimo lekkiego oswojenia z wielkomiejską rzeczywistością wciąż mam tu małe problemy. A to z dojazdem z miejsca A do B, a to z dojściem z punktu X do Y albo w ogóle staję na środku jednego z wielu wrocławskich mostów i zastanawiam się, gdzie ja do cholery jestem. Większą część tych lokalizacyjnych problemów rozwiązuje jedna z najlepszych aplikacji, jaką dał nam świat, a mianowicie jest to aplikacja "Jak dojade". Pewnie znacie, bo to bardzo popularna rzecz. W każdym razie między innymi to właśnie ona sprawia, że technologia nie wydaje mi się aż tak upiorna jak zazwyczaj. Z tego co wiem działa ona w kilku większych miastach w Polsce, jak Warszawa, Kraków, Katowice czy mój Wrocław. Na uczelnie mam niecałe 10 minut piechotą, więc komunikacja miejska mi się tu nie przydaje, jednak dość często jeżdżę do centrum czy to w celu załatwienia jakiejś sprawy czy po prostu na spotkanie ze znajomymi. Moja lokalizacja"wyszuka się sama", więc wystarczy tylko, że wklepię wybrany adres i... pstryk! Pojawiają się numery autobusów i tramwajów jakimi tam dojadę wraz z nazwami przystanków, godziny odjazdów oraz szacowany czas całego dojazdu! :) Do pomocy jest także mapka. Jedyne czego potrzeba to internet na telefonie, tablecie czy komputerze. Dzięki tej aplikacji uczę sie Wrocławia, a moje problemy z komunikacją miejską niemal przestały istnieć. Ta aplikacja niesamowicie ułatwia życie. A prawdziwym zbawieniem jest dla osób takich jak ja - nowych w mieście! :)






Niestety komunikacja miejska to nie wszystko. Na problemy z orientacją i gubienie się w miescie nie ma aplikacji, ale myślę, że z dnia na dzień i to przestanie być dla mnie problemem, bo już coraz pewniej śmigam po mieście! :)

Korzystacie z aplikacji "Jak dojadę"?
Co o niej sądzicie?

poniedziałek, 7 grudnia 2015

Zdrowa przekąska - oliwki!

Dawno mnie tu mnie tu nie było. Jak zwykle nie wiem do końca dlatego dzieję się tak, że pojawiam się, by potem znowu stąd uciec. No cóż, chyba taka już jestem, ale nie o tym chciałam do Was napisać. Ostatnio zauważyłam, że moja ochota na słodycze znacząco zmalała. Przestałam umilać sobie dni czekoladą, cukierkami czy innymi smakołykami. Oczywiście nie zrezygnowałam z nich całkowicie, bo nadal lubię sobie zjeść pysznego batonika "Maćka" o smaku toffi, jednak teraz znacznie więcej frajdy przynosi mi słoiczek mini ogórków czy oliwek hiszpańskich. Uwielbiam wieczorem podczas oglądania filmu czy nauki podjadać je sobie. Czuję się lepiej sama ze sobą, bo wiem, że przyniesie to więcej korzyści także dla mojego zdrowia. Oczywiście nie ma to żadnego związku z dbaniem o linię czy gorzej - odchudzaniem. Sami widzicie patrząc na moje zdjęcia, że zdecydowanie nie chce tracić na wadze, wręcz  przeciwnie - moim pragnieniem jest przytyć.



Do smaku uwielbiam dodawać jeszcze trochę mozzarelli! :)

Warto wiedzieć, że oliwki są bardzo zdrowe! Wspomagają trawienie i łagodzą migrenę. Zawierają wiele witamin oraz zdrowy tłuszcz. Dla niektótrych kobiet/dziewcząt ważne pewnie będzie to, że są też niskokaloryczne mimo tego, że zawierają tłuszcze. Zwykle nie zdajemy sobie z tego sprawy ale oliwki, które jemy są kiszone - mają więc wszelkie zalety kiszonek: poprawianie odporności, korzystny wpływ na florę bakteryjną przewodu pokarmowego oraz,działanie przeciwdepresyjne. Oliwki wpływają również pozytywnie na układ nerwowy, przemianę materii czy naszą skórę. Zawarty w nich kwas oleinowy chroni serce i naczynia, dzięki czemu ryzyko chorób krążenia jest mniejsze. Również ryzyko raka piersi jest mniejsze.







Oczywiście poza swoimi zdrowymi właściwościami oliwki są doskonałym dodatkiem do naszych potraw.Zwłaszcza dla wielbicieli kuchni śródziemnomorskiej czy bałkańskiej, gdzie olwiki są niemal niezbędne. Wiadomo, że nie każdemu one smakują. Sama jakiś czas temu za nimi jeszcze nie przepadałam, ale jak widać moje kubki smakowe uległy zmianom :D


Wolicie słodycze czy zdrowsze przekąski? ;)

sobota, 17 października 2015

Szybki studencki obiad: Ryż z warzywami

Cześć!
We Wrocławiu znowu smutno. Gdzie się podziało to piękne wczorajsze słońce? Mimo niezbyt sprzyjającej pogody radzę sobie bez kawy i nie zasypiam nad stertą materiałów na poniedziałek. Dzisiaj była moja kolej sprzątania, więc jak tylko wstałam szybko się za to zabrałam i dość szybko skończyłam. To spora zaleta małych mieszkań - nie trzeba się dużo nasprzątać! :)
Szybko skoczyłam na drobne zakupy i zabrałam się za obiad! Było to kolejne banalne, ale przepyszne studencki danie. Wystarczy 25 minut i wszystko jest gotowe.

Na początku w ogóle nie miałam pomysłu na obiad, ale w końcu padło na ryż z warzywami, jedno z moich najulubieńszych połączeń, choć o istnieniu ryżu przypomniała mi jedna z moich współlokatorek, haha! :) Tak, zdecydowanie dawno nie jadłam tego prostego i popularnego dania. Jeśli i Wy nie macie pomysłu to bardzo Wam takie pyszności polecam, zwłaszcza, że jest to bardzo tanie i szybkie jedzonko.




Składniki:

- ryż (ok. 3zł)
- warzywa na patelnię (ok. 3-4 zł)
- paluszki rybne (4-5 zł) (opcjonalnie)
- sól i pieprz do smaku


Przygotowanie:

Do lekko posolonej gotującej się wody wrzucamy ryż i gotujemy pod przykryciem przez ok. 20 minut. Następnie zabieramy patelnie i na oleju robimy warzywka, zajmuje to ok. 15 minut, więc akurat ryż będzie gotowy. Gdy warzywka będą już zjadliwe, a ryż odcedzony i "odpapierkowany" wrzucamy wszystko do jednego naczynia mieszamy i doprawiamy czym dusza zapragnie. Dodatkowo lubię sobie do tego zestawu usmażyć paluszki rybne. Wtedy wiem, że wszystko jest gotowe i mogę zabierać się do jedzenia! ;) 





Zmykam do nauki, pa! :)

piątek, 16 października 2015

Dzień do wymazania z życiorysu

Cześć.
Był to, a raczej wciąż jest okrutnie bezproduktywny dzień. Dzień, w którym udało mi się załatwić jedną jedyną małą rzecz, która i tak w ogóle nie była pilna i gdyby nie inne sprawy, to pewnie dziś bym jej nie załatwiała. Jako że jestem życiowym nieogarem i nie znam się na funkcjonowaniu tego świata wróciłam do domu zmęczona, głodna, z gigantycznym bólem głowy i wściekłością, która skończyła się mimowolnymi łzami w oczach. Oto ja, taki nieszczęśliwy dziś człowiek. Wiem inni mają gorzej, ale to nie powód, żebym się pocieszała ich nieszczęściem. Przyczyną mojego psychopatycznego stanu były... bilety na pociąg, bądź autobus. BILETY. Jak by było się o co denerwować, ale taka już jestem, zwłaszcza, gdy krążę bezproduktywnie po mieście.

Chciałam sobie najnormalniej w świecie zabukować je wcześniej, żeby potem nie było problemów. Akurat stało się tak, że albo nie dogadałyśmy się z Panią z kasy biletowej na dworcu PKP, albo ja niejasno się wyraziłam, albo ta Pani krótko mówiąc nie miała dobrego dnia. Gdy usłyszałam cenę za bilet studencki z Wrocławia do Tarnowa włosy stanęły mi dęba. Wydukałam "ale w internecie na stronie było inaczej". Ceny wyjawiać nie będę, ale wspomnę, że jadąc nad nasz Bałtyk z samego południa Polski zapłaciłabym mniej. Musiałam dwa razy pytać, żeby się przekonać czy mózg nie robi mi psikusa. Przeprosiłam, podziękowałam i tyle mnie widziała.


ŹRÓDŁO: http://www.tapetus.pl/


Trochę zdegustowana, ale wciąż z nadzieją poszłam na dworzec PKS. Miła Pani sprzedająca mówi, że bilety do Krakowa (z Krakowa muszę jechać kolejnym autobusem do Tarnowa) teraz podrożały u Polskiego Busa. Krótko mówiąc trasa  Wrocław - Kraków i Kraków - Tarnów kosztowałaby mnie dwa razy więcej niż zwykle. Po raz drugi już podziękowałam i już całkiem zrezygnowana udałam się na autobus miejski do mojego przytulnego mieszkanka. Mogłam się już zdecydować na ten bilet, bo i tak był o wieeele tańszy od pociągu, ale coś mi tu nie grało! Niemożliwe, że bilet na pociąg tyle kosztuje! Przecież PKP do trzeci dom wielu studentów!


ŹRÓDŁO: http://ocdn.eu


Jak się okazało w domu... INTERNET MNIE NIE OKŁAMAŁ.. Zabukowałam sobie bilet na pociąg na 30 października za niecałe 26 złotych. I do tej pory się zastanawiam jak to się stało, że na dworcu usłyszałam cenę-giganta.

Pewnie niektórzy będą się zastanawiać: "Dlaczego głupia sobie od razu nie kupiła biletu przez internet?" Odpowiedź jest prosta. Wolę tradycyjne metody. Co prawda lubię technologie, ale jest jej teraz tak dużo, że nie chce stracić więcej kontaktu z rzeczywistym światem. Nie lubię przesytu, ubóstwiam to co dawne.  I dziś spotkała mnie kara za bycie niedzisiejszą

Technologia jest przydatna i fajna, nawet bardzo, ale pamiętajcie... wszystko z umiarem :)



środa, 14 października 2015

Biblioteka z duszą

Cześć!
Jak Wam mija tydzień?
Dzisiaj mam dzień wolny od zajęć, więc mogę sobie troch poleniuchować. Ale z zastrzeżeniem, że tylko trochę, bo mam na czwartkowe zajęcia trochę czytania. Historia stosunków międzynarodowych + język niemiecki. Dużym plusem studiów jest to, że gdy dostaniesz się na wymarzony kierunek, to uczysz się rzeczy, które Cię interesują i dzięki temu nauka staje się przyjemniejsza.
Pogoda we Wrocławiu się zupełnie popsuła. Już ostatnie dni były okropnie zimne, a dziś do tej całej zabawy doszedł jeszcze deszcz. Brrr, nawet nie chce mi się wychylać nosa za okno. Współczuje studentom, którzy muszą dojeżdżać. Zimno, deszcz, zapchane autobusy... Cóż, moja lokalizacja to dar z Niebios! :)


Dzisiejszy ekwipunek studencki :)

Wczoraj byłam odebrać kilka książek z Biblioteki Uniwersyteckiej, a raczej w jednej z kilku bibliotek UWr. Sam budynek jest zachwycający, przynajmniej dla mnie wielbiącej wszystko co stare, dawne i sprawiające, że człowiek czuje się jak w innej epoce. I na budynku się nie kończy, w środku jest jeszcze piękniej! Mimo późnej godziny musiałam usiąść na ławce na parterze i choć chwilę popodziwiać! Niesamowite miejsce! Czułam się tam magicznie! Miałam wstawić moje kiepskiej jakości zdjęcie, ale te internetowe zwyciężyły :)

Z zewnątrz ten cud architektury prezentuje się tak:


ŹRÓDŁO: http://dolny-slask.org.pl/

A wewnątrz tak:


Moje własne kiepskie zdjęcie.


ŹRÓDŁO: http://mlynarz.bikestats.pl/

Klimatycznie, prawda? :)




niedziela, 11 października 2015

In love with Wrocław!

Cześć!
Wrocław jest dla mnie praktycznie zupełnie nowym miastem. Moja pierwsza wizyta wiązała się z dostarczeniem papierów na uczelnie. A było to gdzieś pod koniec września. Nigdy wcześniej nie miałam do czynienia z tym urokliwym, ale i olbrzymim miastem. Ba! Na początku nawet nie brałam pod uwagę studiowania tutaj. Ale stało się! Mieszkam tu już od tygodnia i z dnia na dzień moja miłość do Wrocławia jest coraz większa. Z tej krótkiej perspektywy czasu "Miasto Spotkań" wydaje mi się być takie... majestatyczne. Widać jak bardzo się rozwinęło i ciągle bardzo dynamicznie rozwija. A to tworzy dobre perspektywy na przyszłość. Ciągle nachodzą mnie myśli, jak to życie jest nieprzewidywalne, że pchnęło mnie na Ziemie Odzyskane! :)
Podoba mi się sposób, w jaki "stare" spotyka się tu z "nowym". Mam na myśli architekturę. Nigdzie wcześniej aż tak mnie to nie urzekało, dopiero tutaj to "poczułam". Oczywiście baaaaardzo nie wiele we Wrocławiu jeszcze widziałam i ciągle się tu gubię. (Zdecydowani komunikacja miejsca i ja nie polubiłyśmy się jeszcze). Zaczyna mnie to bawić. Mam nadzieję, że najlepsze i najpiękniejsze do odkrycia jeszcze przede mną.

Wczoraj, tak jak wspominałam w poprzednim poście wczoraj pojechałam do Biblioteki Uniwersyteckiej uaktywnić sobie kartę. Miałam od razu potem wrócić do mieszkania, bo mam milion materiałów do ogarnięcia na jutro. Jednakże brak drobnych na bilet + chęć rozmienienia pieniędzy i nieskore do współpracy automaty biletowe postanowiły przymusowo zatrzymać mnie w mieście. I takim oto sposobem powstało kilka szybkich zdjęć z najpiękniejszego wrocławskiego rynku i jego okolic. Niestety dużo czasu nie miałam na rozwodzenie się nad jego niewątpliwym urokiem i tylko z grubsza poklikałam kilka niezgrabnych fotek. Następnym razem, gdy będę miała więcej czasu w zanadrzu na pewno skupie się już na całym gigantycznym rynku, a nie tylko na jego fragmencie :)

Tak czy inaczej... Enjoy! :)










A Wy w jakim polskim mieście jesteście zakochani? ;)

Zmykam do nauki!
Pa!

sobota, 10 października 2015

Przepis na szybki studencki obiad + złowrogi postęp

Cześć!Dzisiaj praktycznie cały dzień przesiedziałam w mieszkaniu, a konkretnie przy biurku czytając materiały na poniedziałkowe zajęcia. Jedyny wyjątek stanowił wypad do Biblioteki Uniwersyteckiej w celu uaktywnienia karty bibliotecznej. Właśnie przed chwilą skończyłam zamawiać pierwsze książki, których będę potrzebować na uczelnię. Teraz wszystko jest tak zmechanizowane, że nawet trzeba wypożyczać książki przez internet. Odrobinę mnie to przeraża, bo mimo wszystko wolę tradycyjne metody, zwłaszcza jeśli chodzi o takie rzeczy jak książki. Te nowości oczywiście sprawiają, że wszystko jest szybsze i wygodniejsze, jednak nic nie zastąpi chodzenia pomiędzy regałami i wdychania cudownego zapachu książek... Mimo wszystko mam nadzieję, że ten technologiczny trend nie stanie się obowiązkowy w każdej bibliotece.

Przejdę może do meritum tegoż posta...

Z racji tego, że nie mam zbyt wiele czasu ani talentu (o! tego zdecydowanie nie mam!!!) by "zawodowo" zajmować się gotowaniem decyduje się na szybkie i co baaaardzo istotne w życiu studenta - tanie dania. Może do wykwintności im daleko, ale mnie smakują i jak najbardziej wystarczają. Dzisiaj przyrządziłam sobie makaron ze szpinakiem. Właściwie składniki na ten jakże hipsterski obiad były jednymi z niewielu z rzeczy, które miałam w lodówce, a do sklepu wyjść mi się nie chciało. Wiecie, robi się zimno... :D

Czego nam trzeba?

- makaron (jaki lubicie, w moim przypadku to były "kokardki")
- szpinak (w moim przypadku mrożony i posiekany)
- ser feta
- śmietana
- margaryna
- sól, pieprz i co tam chcecie do smaku





Przygotowanie:

Gotujemy makaron w solonej wodzie (Ameryki raczej nie odkryłam :D). Przygotowujemy patelnie, roztapiamy margarynę, wrzucamy szpinak. Trochę mieszamy. Następnie dodajemy 3-4 łyżeczki śmietany. Po raz kolejny mieszamy, mieszamy, mieszamy. Doprawiamy do smaku solą, pieprzem i innymi cudeńkami, które sprawiają, że nasz posiłek jest pyszniejszy. Na końcu wrzucamy troszkę pokrojonego w kostkę sera feta. Ostatnie mieszanie i już prawie gotowe.. Wróćmy do makaronu. Po jego odcedzeniu mieszamy go razem ze szpinakowym sosem lub jak kto woli po prostu wrzucamy go bezpośrednio na makaron. I gotowe! ;)

Cóż, smacznie to nie wygląda, ale ważne, że było pyszne! ;)





Wracam do nauki! Miłego wieczoru! :*

piątek, 9 października 2015

Złośliwość rzeczy martwych

Cześć.
Wrocław dziś jest zachmurzony i przez to wydaje się być nieco smutny, co mnie tylko dodatkowo dobija. Na uczelni mam dzisiaj wolne. No prawie. Rano miałam szkolenie biblioteczne, obowiązkowe z wpisem do indeksu. I co? I zaspałam. Nie dlatego, że zapomniałam włączyć budzik, bo to na pewno zrobiłam (przed snem sprawdzałam z 5 razy!), ale dlatego, że rzeczy martwe jak wiemy mają w zwyczaju być złośliwe. Byłam w małej panice, ale ostatecznie kryzys został zażegnany, bo dołączyłam do innej grupy, która szkolenie miała w późniejszych godzinach. Mam nadzieję, że mój telefon w poniedziałek takiego numeru mi nie wywinę i na zajęcia będę na czas.




Obecnie popijam kawę i przeglądam ciekawe blogi w sieci, mając jednocześnie przeświadczenie, że jest godzina 11 rano! Dziwne uczucie. Mój cały weekend zapowiada się podobnie, z tym, że zabiorę się za czytanie materiałów na poniedziałkowe zajęcia na uczelni. Nie jest mi niestety dane jechać na weekend do domu. Stanie się to dopiero za 3 tygodnie! Cóż, studenckie życie - studenckie oszczędzanie! :)  Swoją drogą muszę zacząć szukać sobie pracy na weekend. Łudzę się, że w wielkim mieście będzie to łatwiejsze, choć sam fakt, że Wrocław to miasto "studenckie" sprawia, że może być trudniej. Trzymajcie kciuki!




Miłego popołudnia!

wtorek, 6 października 2015

Pierwsze koty za płoty!

Cześć!
No i zaczęło się! W niedziele oficjalnie przeprowadziłam się do Wrocławia (z niemałymi komplikacjami!), a wczoraj miałam pierwsze zajęcia na uczelni. Oczywiście jak na razie były to tylko zajęcia organizacyjne. Wystarczyły dwa dni bym stwierdziła, że 1/3 studiów spędzę przy uniwersyteckim punkcie ksero! W sumie wydrukowałam już ponad 200 stron! A to dopiero początek. Inną sprawą jest mój strach przed ćwiczeniami, kolokwiami i sesją, który to zasiali w moim sercu profesorowie, Nauki będzie duuuużo, ale jeśli tylko się przyłożę to jakoś to będzie. Przynajmniej tak staram się myśleć/pocieszać. Niepotrzebne skreślić. Motywacji póki co mam dość sporo. Po pierwsze są to względy ekonomiczne, bo mieszkanie + studiowanie w nowym mieście to spory wydatek. Dlatego okropnie byłoby to wszystko zaprzepaścić. Druga rzecz to po prostu chęć zdobycia wykształcenia, na kierunku, o którym marzyłam i pracy w przyszłym zawodzie! :) Cóż, myślę, że moje - póki co pozytywne - nastawienie będzie się zmieniać tysiące razy w ciągu semestru.


Hello Wrocław!
Mój instagram: malkontentkax 


Niedawno wróciłam z uczelni i drobnych zakupów, a teraz staram się przy kawie nieco obudzić, bo oczy mimowolnie mi się zamykają, a mam jeszcze za 3 godziny wykład + stos kartek na biurku, za który jak poopowiada mi rozsądek powinnam się już zabrać.


Piszcie jak tam u Was się sprawy mają, a ja zabieram się za robienie obiadu! :)
Paa!

sobota, 3 października 2015

mini serwis do kawy i herbaty

Witam.
Dzisiejszy dzień jest jednym tych dni, w których nic szczególnego się nie dzieje i nic szczególnego mi się nie chce. Trochę posprzątałam, trochę poleniuchowałam, a teraz robię sobie listę rzeczy, które jeszcze muszę zabrać do Wrocławia. Niestety jak zwykle nie wzięłam wszystkiego, kiedy zawoziłam moje rzeczy samochodem, dlatego jutro będę musiała tłuc się autobusem wraz z zapomnianymi gratami. Cóż... Mam nadzieję, że nie będzie tego dużo. Naprawdę nie znoszę się pakować. I pojawia się proste pytanie: Jak spakować życie do walizki? :(

Jeśli czytaliście mojego bloga wcześniej pewnie wiecie, że uwielbiam wszelkiego rodzaju urocze gadżety, przedmioty, pierdółki codziennego użytku i nie tylko. Myślę, że właśnie takie wyróżniające się drobiazgi tworzą miłą aurę i nadają charakteru miejscu, w którym się znajdują. Nie inaczej było z nowym mini serwisem do kawy i herbaty, który to zawitał do mojego rodzinnego domu. Na myśl przywodzi mi styl vintage, jesienne wieczory z książką, ciepłą domową atmosferę, zapach kawy, herbaty i ciasta unoszących się w kuchennym zaciszu... :)





Jestem w nim zakochana i najchętniej zabrałabym go ze sobą do Wrocławia! <3
Jak Wam się podoba? Lubcie tego topy przedmioty?

A teraz zmykam, bo mam do załatwienia kilka spraw o których dopiero teraz sobie przypomniałam!
Pa!

piątek, 2 października 2015

Życiowe zmiany... Jestę studentę.

Cześć!
Ostatnio w moim życiu sporo się dzieje. Właściwie wszystko się zmienia i to chyba dobrze. Niektórzy mówią, że zmiany są dobre. Zacznę może od początku, żeby z grubsza nakreślić to, co się dzieje. Niektórzy pewnie wiedzą, że w tym roku pisałam maturę. Generalnie napisałam ją dobrze, ale w życiu jak w to w życiu, musi nastąpić mały zgrzyt. Owym zgrzytem u mnie było to, że nie zdałam matury z przedmiotu, który od kiedy poszłam do szkoły sprawiał mi tylko same problemy - a mianowicie z matematyki. Jest w tym jednak trochę mojej winy, bo mogłam przyłożyć się o wiele bardziej, ale cóż, mleko się rozlało. Oczywiście przystąpiłam do sierpniowej poprawki, do której naprawdę się przygotowywałam, no i miałam fantastyczną korepetytorkę, której zawdzięczam naprawdę sporo, począwszy do nadziei, którą mi dała! I... ZDAŁAM!
W pośpiechu zaczęłam rejestrować się na studia, płacić opłaty rekrutacyjne i dopełniać wszelkich innych formalności. Bałam się, że nigdzie się już nie dostane i byłam już wykończona tym ciągłym myśleniem o mojej przyszłości. Moją wymarzoną uczelnią zawsze był Uniwersytet Jagielloński, na który zresztą dostałam się (studia euroazjatyckie), ale wybrałam drugą opcję - Uniwersytet Wrocławski, którego pierwotnie NIGDY nie brałam pod uwagę, mimo, że też jest w czołówce najlepszych. Dlaczego tak? Bo to we Wrocławiu były jeszcze miejsca na kierunku, na który chciałam się wybrać. I nie żałuję tej decyzji!
Od 29 września jestem studentką Stosunków Międzynarodowych na Uniwersytecie Wrocławskim ;)




Najśmieszniejsze jest to, że pierwszy raz w życiu byłam we Wrocławiu w momencie... zawożenia papierów na studia! I byłam tam zupełnie sama. Trochę błądziłam, ale ostatecznie wszystko się udało. Lokum już mam, moje rzeczy już tam są, a sama ja znajdę się tam w niedzielę, bo dzień później mam pierwsze zajęcia ;) Myślę, że jak na razie tyle pisaniny wystarczy.

Swoją drogą, jakie to życie jest przewrotne i nieprzewidywalne... Nigdy nie pomyślałabym, że tak to się wszystko potoczy :)